Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marudzenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marudzenie. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 lipca 2015

Pół roku wakacji, czyli od czasu do czasu coś wypada skrobnąć...

Chwała!
Aż sam nie wiem, którą z piosenek Organka na początku tego wpisu zacytować... O Matko! azali Głupi Ja... Tyle czasu minęło od ostatniego, miałem niby postanowienie, że się wezmę, a tu wyszło, że autor typu D.U.P.A (że tak nawiążę do innego utworu z czasów najnowszych). Cóż, skoro już się zabrałem, to w ramach leczenia sumienia, szybkie podsumowanie tego co się wydarzyło w ostatnim półroczu:
  • Odbyła się kolejna edycja DevCrowd. Jak zwykle warto było, dobry poziom prezentacji, bardzo dobry organizacji, genialny uczestników ;) Na wyróżnienie in plus chciałbym wskazać prezentację „Internet Of Thing - czas rozpocząć przygotowania” Pawła Spychalskiego. Bardzo przyjemnie poprowadzone hipotetyzowanie i wróżenie z fusów jak rozwinie się temat, który wydaje się mieć podstawy być czymś całkiem znaczącym w bliższej lub dalszej perspektywie. Na minus natomiast Robert Pankowecki i jego „dlaDeveloperów odDeveloperów - jak sprzedawać wiedzę programistom”. Nie wiem czy nie najgorsza prezentacja na jakiej byłem kiedykolwiek. A co najgorsze? Język. Nie można było się skupić na ewentualnej treści jaką prezenter miał do przekazania, gdyż nie szło zidentyfikować języka w jakim była ona prowadzona. Ja rozumiem, że w naszej branży niestety anglicyzmy dość agresywnie się w nasz język codzienny wbijają, ale są chyba jakieś granice przyzwoitości i szacunku dla publiczności. Skoro kulejemy w języku ojczystym i mamy go w głębokim poważaniu, to może szczerzej będzie się zdecydować na ukochany i jedynie słuszny angielski? Swoją drogą lingua franca nie na darmo ma francę w nazwie... A-ha... Specjalnie dla prelegenta, co oznacza w polskim wyraz audiencja: „oficjalne posłuchanie udzielone komuś przez osobę na wysokim stanowisku”. Zdziwko niezłe, nie?
  • Wystartowała nowa inicjatywa społecznościowa - Papryqarz. Czyli taki Spin 2.0, o ile ktoś jeszcze pamięta tamte inicjatywy. Rozpoczęło się nieźle, frekwencja dopisała. Ciekawe jak wytrzyma próbę czasu. Na razie zapowiada się kolejne spotkanie, tak więc pożyjemy, zobaczymy jak i w co się to rozwinie.
  • Odbyło się też kolejne spotkanie naszej jugi. Tym razem w formie tzw. unconference czyli luźnych pogadanek w wianuszkach zainteresowanych osób, na wybrane tematy. Było dość ciekawie, ciasteczka, herbatka. Nowe miejsce w klimatyzowanych pomieszczeniach Technoparku. Trochę nie dopisała frekwencja, ale nowe twarze się pojawiły, więc jest szansa, że coś drgnie nam do przodu.
  • Miała miejsce też rejestracja na tegoroczną Confiturę, która już w tą sobotę. Rejestracja w nowej formie, bilety się rozeszły, cegiełki wyprzedane. Ciekawym jak nowa formuła wpłynie na frekwencję (procentowo - rzeczywistych uczestników do zarejestrowanych) i zainteresowanie uczestników pełnią sesji. No i znów nasz człowiek będzie się prezentował. Liczę na powtórkę dla Jugi!  Ja w tym roku brać udziału nie będę, nawet nie próbowałem rejestrować się. Dlaczego? Bo szorstki ze mnie chłopiec...
  • Byłem w kinie. Na nowym Mad Maxie. Jako kolejna część? Nie urywa, choć poziom trzyma. Jako film „przygodowy”? Całkiem fajnie, jazda bez trzymanki, momentami odjazd przerysowań ale trzymający się pewnej konwencji i nie skaczący przez rekina. W każdym razie nie żałuję, bawiłem się dobrze. I tylko zachodzę w głowę co to za marka, że po trzydziestu latach na pustyni opony w stanie nówka igła ;) Ale to tylko takie moje sapanie... ;)
I to było by na tyle.

piątek, 11 lipca 2014

Jak po słoiki to do stolicy, czyli po Confiturę i z powrotem

Chwała!
Ponieważ tak się złożyło, że zgodnie z powiedzeniem „sport to zdrowie... stracone” kosztem noszenia gipsu na nodze mam wreszcie wolne w lato (swoją drogą też przy okazji dobre wytłumaczenie dlaczego skoro wolne to nie wezmę i nie przekopię ogródka ;)), to wykorzystam część tego czasu na podzielenie się z P.T. Czytelnikami wrażeniami z tradycyjnej wyprawy do stolicy po słoiki z Confiturą.
Wyprawa, jak zwykle w mocnym składzie firmowo-jugowym, zaczęła się od mocnego akcentu, czyli od ponad dwóch godzin opóźnienia pociągu „na start”. Cóż, przynajmniej dzięki temu zobaczyłem końcówkę i bramki meczu Brazylia-Kolumbia... Trzeba oddać kolejarzom, że nadrobili z tego ponad godzinę dzięki czemu dotarliśmy na miejsce o całkiem przyjemnej porze, ale jednak w moim przypadku skończyło się na 2 godzinach „pseudosnu” co miało niestety pewne konsekwencje podczas konferencji.
Dobra, starczy wstępu, przejdźmy do meritum, znaczy wybranych przeze mnie prezentacji, czy też wykładów.

sobota, 20 lipca 2013

Śladami siedemnastego Tytusa, czyli uczłowieczanie przez umuzykalnianie...

Chwała!
Wypadałoby od czasu do czasu, skoro się już tego bloga założyło, to coś w nim opublikować. O informatyce mi się nie chce, na filozofię za cienki Bolek, o polityce strach (tym bardziej, że będąc zaciekłym monarcho-imperialistą od kontrowersji się nie ucieknie) a na sporcie i medycynie to jednak wypadałoby się znać zanim się coś opublikuje (szczególnie w kraju trzydziestu paru milionów trenerów i lekarzy ;)). Tak więc padło na temat o którym mi się jednocześnie nie chce pisać, na który jestem za cienki, strach pisać i kompletnie się na nim nie znam. Znaczy o muzyce.
Mianowice, ponieważ nie wiadomo kiedy minęło już ponad pół tego roku, zrobię sobie ku utrapieniu P.T. Czytelników przegląd tegorocznych płyt które miałem okazję użyć jako oprawę wysiłku umysłowego zwanego wywiązywaniem się z zobowiązań wobec pracodawcy. Znaczy pod rzucanie mięchem, rzeźbieniem w g... i próbą mniej lub bardziej udaną sklecenia systemu potiomkinowskiego. Przegląd odbędzie się chronologicznie względem debiutu krążka na rynku (a nie debiutu krążka w moich uszach). No to lecim na Szczecin.

czwartek, 25 kwietnia 2013

Tłumnego zgromadzenia edycja kolejna za nami - DevCrowd 2013 czas podsumować.

Chwała!
W ostatnią sobotę odbyła się kolejna edycja konferencji DevCrowd, wyjątkowo dla niepoznaki w Szczecinie ;). Wydarzenie ma już pewną, ugruntowaną pozycję i renomę w światku, więc na dwóch ścieżkach obejmujących 14 prelekcji przewinęło się ponad 150 osób z całej Polski, a nawet z zagranicy (dewizowcy ;)), co jest moim zdaniem wynikiem przyzwoitym. Była to pierwsza edycja pod nowym, światłym kierownictwem, ale jak zwykle dziewczęta i chłopaki z Naszego Jugu dali sobie radę perfekt. Ciężko się powtarzać, jak co roku o salach (ponownie WI PS), wiktuałach itd, bo to jak zwykle na wysokim poziomie, chciałbym jedynie pochwalić za drobne, acz świetne szczególiki:
  • Torby tekstylne na „zestawy upominków” - kiedyś spotkałem się z tym na Javarsovii ówczesnej, ale generalnie raczej dominują papierowe „jednorazówki”. Tekstylne rozwiązanie o wiele bardziej praktyczne, przynajmniej będzie można na zakupach w warzywniaku zareklamować Wydarzenie.
  • Ankiety z oceną rozdzieloną na ocenę tematyki i prelegenta. Że też nikt na to wcześniej nie wpadł. Przecież nie raz się zdarzało, że temat nie bardzo, ale prelegent wyciągał co się dało i jeszcze więcej (lub też niestety na odwrót) i tak jakoś zawsze wtedy problem jak ocenić. A tu, pach, i nie ma problemu.
  • Folderek z opisem prezentacji (a w nim odrywana agenda ze smyczą). Kapitalna sprawa, nie zawsze wszak pamiętamy, albo mamy sposobność sprawdzić na necie, na co tam mieliśmy teraz iść, a tak folderek z podorędzia... 
Co do prezentacji zaś. Właśnie. Tak się złożyło, że nie tylko to była pierwsza konferencja Nowego Kierownictwa, ale też pierwsza na której miałem przyjemność się produkować w roli prelegenta (i narażać się na marudzenia i wypominki takich pacykarzy jak ja sam ;)). Stąd też mam pewien problem z oceną i opisem bądź co bądź tej najważniejszej części konferencji. Otóż, nie jest wielką tajemnicą, że należę do osób mocno nieśmiałych, stąd też przed własnym wystąpieniem cały czas gdzieś w głowie już ta trema, ostatnie przygotowania i inne etcetery nie zbyt pozwalały się porwać wystąpieniom w całości, i wstyd się przyznać, ale od czasu do czasu gdzieś tam słuchanie jednym uchem się włączało. Dlatego też pokrótce jeno przelecę na czym byłem i jakie ogólne wrażenie zostało:
  • Prawo Javy Rafała Maludy całkiem przyjemne spojrzenie oczami prawnika na ten nasz wycinek świata IT, ze szczególnym uwzględnieniem historii i możliwych „alternatywnych” zakończeń czy też konsekwencji „otworzenia” Javy i konfliktu Oracle przeciw Google.
  • 6 rzeczy o których nie było na studiach Adama Dudczaka, to tak z perspektywy tych paru dni chyba najfajniejsza z prelekcji na których byłem. Mimo, że studentem nie jestem od ładnych kilku lat. Jednak zostało poruszonych parę kwestii, o których jednak gdzieś wciąż czasem się zapomina. Poza tym przydatna dla mnie z praktycznego punktu widzenia, bo ruszyły nasze warsztaty, których jestem jednym z „opiekunów”.
  • Najczęściej stosowane „wzorce” projektowe Bartka „Koziołka” Kuczyńskiego. Tu mam problem, chyba jakiś wyrzut adrenaliny czy co mi nastąpiło, bo pamiętam, co prawda, że mi się podobało. Ale dlaczego? Na pewno było sprawnie jeśli chodzi o „warsztat” prelegenta, ale treść... Coś się po głowie kołacze, ale cóż... Pozostaje mi nadzieję, że jak się będę próbował zapuszczać w maliny, to podświadomość zareaguje. 
  • Jak zwiększyć wydajność pracy Łukasza Kuczery. Szczerze mówiąc, chyba największe rozczarowanie. Po pierwsze, miałem wrażenie niedopracowania, nieprzemyślenia do końca, tak jakby Autor chciał za dużo po prostu. I jakoś całość gdzieś w pewnym momencie zrobiła się dość chaotyczna i męcząca, i w zasadzie w końcu nie wiem jak tą wydajność zwiększyć. Właściwie najważniejsza nau(cz)ka wyniesiona z niej, to to, że jak mapa myśli dla naszej prezentacji zaczyna się nie mieścić na slajdzie, to idziemy w złym kierunku ;)
  • Loudcloud Michała Gibowskiego - cóż... nie podobało mi się. Już pomijam fakt, że naturalnie ciężej mi było trzymać koncentrację, bo już za momencik, już za chwileczkę, ale jakoś nie mam poczucia, że prelegent zrobił dużo, żeby zaciekawić. Aż tak rozbudowane wstępy i przedstawianie Play! Framework i Scali można było sobie moim zdaniem darować. No i nie wiem, czy to trema, czy po prostu właściwość, ale hmmm... gestykulacja mocno rozpraszająca.
  • How secure your framework is? Łukasza Lenarta. Tu już na luziku i opadniętych emocjach (co swoją drogą też nie ułatwia prawidłowemu zachowaniu/odbiorowi) więc trochę stracony początek zanim koncentracja się odpaliła na nowo. Ale później bardzo fajnie o ciekawych dziurach, aż się boję pomyśleć czego w Firmie nie znaleźliśmy ;)
No i na koniec wrażenia z debiutu prelegenckiego. Może najpierw kilka słów wprowadzenia skąd w ogóle taki temat. Ano stąd, że mnie coś podkusiło zgłosić i nie licząc na akceptację ten temat jako swego rodzaju rezerwę. Akurat był pod ręką w planach na jugę, gdzie byłby swego rodzaju domknięciem wcześniejszych pogadanek o Groovy, Selenium i TestNg. Organizatorzy niestety postanowili zrobić mi niespodziankę i wybrali właśnie temat rezerwowy. No i trzeba było się pospieszyć, poprzycinać, poprzeredagować i generalnie przykroić na warunki konferencyjne. Stąd nie wszystko co by się chciało pokazane czy też poopowiadane. No i jakiegoś założonego kontekstu w głowach słuchaczy też mogło zabraknąć (no, inna kwestia czy jugowicze też coś jeszcze pamiętaliby ;)). Nie zmienia to oczywiście faktu, że słowo się rzekło, kobyłka u płota musi być.
Jak już wspomniałem nie należę do osób odważnych i śmiałych, ale bądźmy szczerzy, jak się chce zwalczać swoje strachy, trzeba im wyjść na przeciw. A gdzie może być lepsza k'temu okazja niż na „własnych śmieciach”? Tym bardziej, że wcześniej dzięki judze i informacjom zwrotnym po swoich wystąpieniach poczułem się jednak, że warto byłoby sprawdzić, czy jestem wstanie zrobić kolejny krok.
No więc spróbowałem, choć nie powiem, zdarzały się momenty przed godziną W, że myślałem sobie „na co ja się porwałem”. Trema, adrenalina, krawędź paniki, emocje, pełen mętlik w głowie jak przyszło się kurcgalopkiem montować na stanowisku. Do tego drobne problemy techniczne (z tego miejsca chciałbym podziękować jeszcze raz Maćkowi za użyczenie dodatkowej baterii, dzięki wielkie!) na sam początek. O Mamo! Ja chcę do domu! Ale wyjścia nie ma, jednak ktoś przyszedł posłuchać, nie wypada tak zawinąć się na pięcie. Z resztą co ja mówię ktoś. Kurde mol, Ktoś. Szacowna Publiczność. Panie i Panowie. Do tego Szanowni Goście, na widowni i Koziołek, i Jarek Ratajski, i Sebastian Pietrowski, i Adam Dudczak (o ile w tym afekcie dobrze rozpoznałem)... Ulala, a tu zaczynać trzeba. Dobra! Zbieram się w garść i zaczynam. Jakoś tak gdzieś nawijka leci trochę spoza mnie, ale tu pierwsze zaskoczenie, chyba nie gadam od rzeczy. Publika też nie ziewa jeszcze, nie jest najgorzej. No to zaszalejmy! Pytania! O żeż Ty w ząbek czesany... Miały być łatwiejsze... Szybka zagrywka na czas, jednym wątkiem kończymy aktualne zagadnienie, drugi procek w mózgu rozpaczliwie szuka odpowiedzi. Nic lepszego nie ma? Trudno, ognia, Rufusie! Chyba trafiony. Ha! I kto tu jest kozak! No to kto następny... A żeby Cię cholero... Zamienia się to w walkę o przetrwanie, ale prę do przodu, nawet chyba żarcik się udał jakiś, bo jakieś śmiechy słychać. Fajnie, chyba idzie sprawniej niż myślałem, to ich teraz zakasuję... Co? Czas? Jaki czas? Kończy się? A-ha... ŻE CO?! Niemożliwe, przecież ledwo co zacząłem! No trudno, dzięki za uwagę, jeszcze jakieś gadżety do rozdania, to na razie. Odcięcie...
...eee... dlaczego jakiś koleś nawija o jakimś strutsie? A gdzie ja jestem w ogóle? Jaki mamy dzień? Tak! Twierdzę kategorycznie, że to jest osioł!

piątek, 13 kwietnia 2012

Pożegnanie Jednego Z Największych

Chwała!
Niestety, okazuje się, że święta minione wcale takie radosne jednak nie były. Gdzieś w natłoku mniej lub bardziej istotnych informacji, przeszła, prawie bez echa, smutna wielce wiadomość o odejściu jednej z ważniejszych Postaci świata IT. Dla mnie osobiście o wiele ważniejszej niż Gates, Jobs razem wzięci. Tym razem w przejściu do Lepszego Świata Śmierć towarzyszył Jackowi Tramielowi.
Młodszym, szczególnie stażem w zainteresowaniu komputerami, Czytelnikom należy wspomnieć, że stał On za dwoma wielce zasłużonymi Firmami. Commodore i Atari, i to w czasach ich wielkich sukcesów. Bez zbytniej przesady można powiedzieć, że to tak jakby Gates przeszedł po sukcesie Windowsów do Apple i wymyślił iPada.
Dlaczego zaś osobiście Jego odejście jest to dla mnie Strata? Bo to mu w zasadzie zawdzięczam to kim jestem teraz. Pierwszy raz o czymś takim jak komputer domowy i programowanie dowiedziałem się z Bajtka będąc w zasadzie szczeniakiem (to był jeden z pierwszych numerów Bajtka, więc gdzieś 1985 lub 1986 rok). Niedługo więcej miałem okazję też mieć pierwsze kontakty z komputerem osobiście. Z C-64 u wujostwa, z 65XE już u siebie w domu. W tamtych czasach cóż, już sama instrukcja Atari zachęcało do programowania (w BASICu bo BASICU ale zawsze), do tego kupa listingów i kursów w Bajtku czy Komputerze. Trudno było się oprzeć, nawet jak listingi dla innych maszyn, to i tak o ile nie w kodzie maszynowym, to jakoś intrygowało mnie rozkminiać co i jak. Chyba nigdy w życiu nie „programowałem” w tylu językach co wtedy. BASIC? Ze pięć odmian. Logo? Nie ma problemu. Kyan Pascal? Czemu nie. C? Proszę bardzo. Action!? Z miłą chęcią. Forth? Tylko zjem obiad i jadę z koksem. Chyba nawet Algol, Modula, Fortran czy inni Lisp się przewinął gdzieś. A że znaczna część jeno na kartce? Kij z tym.
To były czasy, gdzie jeszcze się dało mi się jakoś ogarnąć też działanie sprzętu. Mapy pamięci, domowej roboty peryferia i różnice między Centronicsem a RS-232, przerwania, koprocesory graficzne czy arytmetyczne. Gdzie, co i jaką ścieżką. Ech, chłonął człek wiedzę jak sucha gąbka wodę. Młodość i świeżość zapału swoją drogą, ale z drugiej strony komputery o Pana Trzmiela miały taką łatwość dotarcia do tego, już zaraz. Włączam kompa, peek i poke, i acha, to tak to działa. A dziś? Spróbuj który na świeżo z marszu dorwać się do bufora ramki układu graficznego ;)
Tak czy siak, bez wytworów Jacka Tramiela nie byłbym teraz tym kim jestem, kto wie, może ledwo bym odróżniał gniazdo USB od sieciowego,  a za szczyt programowania uznał sumowanie pól w Excellu? Któż to wie. Ba! Do jasnej, ciasnej! To przecież Jemu w dużej mierze zawdzięczamy komputery pod strzechami, i kto wie, czy te wszystkie smartwichajstry i iduperele byłyby obecne w naszym, obecnym świecie?
Dlatego też niniejszym pragnę Mu podziękować. Za wspaniałe chwile dzieciństwa, i za wpływ jaki miał, chcąc nie chcąc, na moje życie.
Pożegnać zaś chciałem piosenką. Choć nie mam pojęcia, czy lubił piosenki, a jeśli tak, to jakie. Wybór? Właściwie może bardziej na miejscu byłby jakiś klasyczny utwór Kombi (Cyfrowa Gra?, Bez Ograniczeń?),  wszak „Łysy” Łosowski używał Mydelniczki, ale żaden mi jakoś nie pasuje. Tak więc na pożegnanie TSA. Dla Pana, Panie Jacku!

wtorek, 7 lutego 2012

Fistaszki a sprawy programistyczne

Chwała!
Skoro już jestem w cugu (pozdrowienia dla wszystkich mających problemy z kominiarzami ;)) to jeszcze trochę przynudzę P.T. Czytelników odrobiną marudzenia. Otóż Koledzy z Naszej Jugi organizują coś takiego, co się zwie CodingDojo, na które się osobiście serdecznie nie wybieram. A dlaczego? Lata temu amerykański Geniusz, Karol Schulz stworzył jedno z najwybitniejszych dzieł w historii ludzkości, mianowicie Fistaszki. Charliego Browna, Snoopiego i resztę ferajny zna chyba każdy, a ich wpływ na Kulturę trudno przecenić. Otóż w jednym z pasków serii Charlie tłumaczy Linusowi, że rozumie jego strach przed bibliotekami słowami:


„Każdy z nas ma pewne obszary, w których czujemy się nie na miejscu”


I to w zasadzie powinno tłumaczyć wszystko. CodingDojo zakłada, że dla każdego z uczestników nie stanowi problemu pracowanie nie dość, że na oczach, to wspólnie przy użyciu jednego młotka z grupą. Tymczasem wielkim odkryciem nie będzie stwierdzenie, że nie każdy na takiego uczestnika się nadaje. Nie wyobrażam sobie, że mogę się komuś wtrącać w jego tryb pracy, że ktoś mi dyktuje co mam robić, albo patrzy na ręce i tak dalej. Wiem, wiem, dramatyzuję i przesadzam, ale tak „wspólne” programowanie wygląda z mojego punktu widzenia. Do wspólnej pracy na tak bliskim i niskim, wręcz „intymnym” poziomie, potrzeba po prostu zgodności interfejsów. Głównie tych pozawerbalnych, kompatybilnego stylu myślenia, pracy, chwytania w lot i kradzenia koni. Ot, po prostu to dla mnie tak, jakbym miał z kimś razem prowadzić motocykl na zasadzie jedno trzyma kierownicę, drugie zmienia biegi.... Z większością znanych i nieznanych mi osób reakcja jest jedna. Dziękuję. Postoję.

Co do samego wydarzenia, kto chce proszę bardzo, a nawet zachęcam szczerze do uczestnictwa, i fajnie, że coś się w tej naszej judze dzieje. Natomiast głęboki mój sprzeciw budzi, często obecna w naszym światku, promocja (niezależnie zupełnie od wydarzenia) wspólnego programowania, w tym programowania w parach, jako cudownego remedium na wszelkie bolączki procesów wytwarzania oprogramowania, a niestety choćby uczą takich bzdur na różnych kursach dla kierowników i zarządców projektów. A to nie ma tak. Jak w każdej grze zespołowej, tak i w programowaniu potrzebni, i „altruiści” i „soliści”, i Charlie, i Lucy, aby skomponować zespół (prawie)idealny. I nie zapominać, że zawsze się znajdzie w końcu przeciwnik idealniejszy. Zawsze.

piątek, 29 lipca 2011

Siódma córa Słońca i Wyroczni

Chwała!
A więc stało się... Powitaliśmy na świecie nową, siódmą już, córę w rodzinie Jawy. Córę, którą początkowo zapowiadano na rewolucyjny cud, miód i orzeszki niczym sławetna Marianna, i której wyklarowana postać jednak zapały i entuzjazmy niejednego absztyfikanta ostudzić mocno zdołała. Cóż, ciąża niełatwa była, oboje z rodziców czasem zdawali się za bardzo nie wiedzieć co z tym fantem począć, zupełnie jakby nie planowano tego dziecka, jedynie „wpadka” poimprezowa się zdarzyła...

czwartek, 28 kwietnia 2011

Tylko bitewny czynnik muzyczny

Chwała!
Na początku marca tego roku w najważniejszych stacjach telewizyjnych naszego pięknego kraju ruszyły pierwsze edycje trzech programów będących konkursoszołami muzycznymi. Nie ma co ukrywać, jestem dość wiernym oglądaczem dwójkowej „Szansy na Sukces”, a i polsatowskiego „Idola” śledziło mi się przyjemnie. Tak więc takie skomasowane potrójne uderzenie nie mogło przejść koło mnie niezauważone. A jeżeli do tego przed premierą nie oglądająca TV osoba publikuje wpis pod wrażeniem „promocyjnego” występu pewnego pudel-metala (bez obrazy, ale chłopak wygląda jakby żywcem wyjęty z Hanoi Rocks, Mötley Crue czy Twisted Sister ;), zresztą ja lubię glam metal) no to tym bardziej trzeba było obejrzeć i wyciągnąć wnioski.

czwartek, 10 marca 2011

Czytelnika X wredna przypadłość

Sława!
Coś mnie podkusiło zaktualizować Adobe Readera do najnowszej dziesiątej wersji. Tak długo jak używany był jedynie do otwierania plików bezpośrednio z przeglądarki nie było do czego się przyczepić. Niestety, jakakolwiek próba odczytania plików pdf z dysku, czy to przez menedżera plików, czy to przez menu Otwórz w samej aplikacji kończyła się nie powodzeniem i komunikatem błędu. Jeśli miałem szczęście był to komunikat o braku dostępu do pliku, jeśli nie, to było Abnormal program termination i czytelnik kończył swój krótki żywot.
Okazuje się, że przyczyną nieszczęść wszelakich jest nowo wprowadzony tryb chroniony. I jeżeli napotyka się na wyżej wspomniane problemy, należy go wyłączyć. Hmmm... Stawia to trochę pod znakiem zapytania skuteczność tego trybu skoro trzeba się go pozbyć, aby móc z programu w ogóle korzystać.
Ale wracając do tak zwanego adremu, oto, krok po kroku, gdzie opcji takowej szukać:
  1. Otwieramy sam program Adobe Reader X (czyli, nie próbujemy jednocześnie otworzyć jakiegokolwiek pdfa).
  2. Wybieramy menu Edycja|Preferencje (lub korzystamy ze skrótu CTRL-K)
  3. Z listy po lewej wybieramy Ogólne
  4. Odznaczamy znajdującą się na samym dole opcję Podczas uruchamiania włącz tryb chroniony
  5. Naciskamy OK i zamykamy czytelnika. Od następnego uruchomienia problemy powinny zniknąć.

niedziela, 19 grudnia 2010

Mikołajowych moc prezentów

Sława!
Grudzień nadszedł. Rok chyli się ku końcowi, a niebo śniegiem sypnęło z rękawa, to i Mikołaj gorszy być nie chciał kilka prezentów niespodzianie przed Wigilią nam podrzucił. 
Pierwszym z nich o którym słów parę wspomnę to nowa, jubileuszowa, dziesiąta wersja IntelliJ Idea. Twórcy chwalą się szeregiem nowych możliwości, niestety, trochę wstyd przyznać, nadal nie wykorzystuję szeregu możliwości tego IDE, więc w całkiem sporej mierze muszę wierzyć na słowo, że jest lepiej ;) Na moje dość krótkie doznania z obcowania jednak śmiem stwierdzić, że nowa wersja istotnie sprawia wrażenie sprawniejszej, więc chyba przynajmniej nowy mechanizm indeksowania istotnie działa szybciej. W każdym razie jakoś się do Idei przyzwyczaiłem i pracuje mnie się w niej sympatycznie.

sobota, 24 kwietnia 2010

Podwójny zastępca całkowitego dowódcy

Sława!
Jak może Szanownym Czytelnikom wiadomo, skromna ma osoba należy do osób wygodnickich niezmiernie, i przy wyborze także oprogramowania stawia bardzo często własną wygodę przed możliwościami, trendami, ideami i innymi aspektami mogącymi na tenże wybór wpłynąć. Stąd chociażby w „konflikcie systemów” siedzę okrakiem niczym baron Münchhausen na kuli armatniej, bo używam na co dzień i Windows i Linuxa (na dziś Ubuntu). Aczkolwiek nie ukrywam, że przynajmniej w zastosowaniach domowych chciałbym zmienić tegoż „łyndołsa” na „łubuntu”, że tak powiem „na stałe” (a przynajmniej jako ten częściej używany system). Tą przeszkodą stającą mi na drodze k’temu celowi jest brak wygodnych „zamienników” dla części aplikacji, których pod Windows używam bardzo często. Wspomniane aplikacje to Miranda IM, foobar2000 oraz Total Commander.
W tym tygodniu wydaje się, że odpadł problem tego ostatniego. Po niezbyt udanych próbach przyzwyczajenia się do gnome-commandera czy Krusadera  nadzieja ma na znalezienie wygodnego odpowiednika zmalała praktycznie do zera. Aż tu nagle, kolega Gozdal, raczył mnie poinformować, że „klon Nortona z którego on osobiście korzysta, jest też dostępny pod Linuxa. Czym prędziej przystąpiłem więc, niczym młoda lekarka na rubieży, do instalacji. Uruchomiłem, wykorzystuję i jak dotąd (odpukać) jestem zadowolony.
 
Wzmiankowaną aplikacją jest niejaki Double Commander. W celu instalacji pod Ubuntu należy pobrać odpowiedni dla nas pakiet .deb ze strony projektu, a następnie zainstalować korzystając z polecenia dpkg -i nazwa_pobranego_pakietu. Ze strony można też pobrać polski plik językowy, który należy (jeśli chcemy wykorzystać) umieścić w katalogu /opt/doublecmd/language.
Tak więc, wygląda na to, że do znalezienia zostały mi już, tylko i aż, wspomniane zamienniki dla Mirandy (Pidgin, Empathy czy Kopete jak na razie, to se można o kant d... potłuc) i foobara2000 (całkiem miło wygląda tandem mpd+sonata, ale nie odtwarza MPC SV8, a to dla mnie wymóg obowiązkowy. Swoją drogą, zdaje się nie ma możliwości odtwarzania tych plików „z gotowca” pod Ubuntu 9.10, a kompilować samemu mi się nie chce...).

poniedziałek, 22 marca 2010

Coopera test widoczkowy

Sława!
Tak sobie dzisiaj z głupia frant postanowiłem, przy okazji porządków robienia na domowym, wysłużonym sprzęcie, zrobić teścik porównawczy (Peacekeeper) zainstalowanych przeglądarek internetowych. Do testu stanęły w swych najnowszych stabilnych wersjach IE 8, Firefox 3.6 i Opera 10.51. Wyniki osiągnięte prezentują się następująco:

Wnioski? Ano jeden taki, że nie ma co używać IE ;) (zaznaczam przy tym, że Complex graphics nie jest wliczana do końcowego wyniku). A drugi, że jeśli chodzi o starsze ciut maszyny, raczej nie ma wielkiego znaczenia do wyboru tej czy innej przeglądarki nic innego, niż subiektywna wygoda. Trzeci, że nawet mimo niewykorzystywania w pełni mocy nowego silnika Carakan (nie posiadam SSE2 w procku) dobrze intuicyjnie przeczuwałem, że Opera najlepiej działa ;)

P.S. Wynik podany w komentarzu przez Pawła, trochę mnie zaintrygował. Dlatego też "zmusiłem się" do zrobienie testu dla Chrome 4.1. Cóż, u mnie jednak, Chrome od Fx nie odbiega znacząco.

wtorek, 9 lutego 2010

Marudzenia, marudzenia aż po horyzontu kres...

Sława!

Tak coś mija czas, a blog ten pokrywa się śnieżnym puchem niczym świat za oknem (Ach! Uwielbiam Prawdziwą Zimę, szkoda tylko, że mrozy ze słońcem tak krótko, a soli na ulicach tak wiele) więc postanowiłem sobie trochę pomarudzić, a może nawet wypłakać się w jakieś ramionko życzliwe ;)

Co tam więc słychać u mnie? Ano jak Szanowni Czytelnicy pewnie wiedzą, zabrało mnie się na poznawanie w praktyce nowych technik, dzięki Leszkowi i wydawnictwu Manning w boju tym zażartym wsparty jestem autoramentem cudzoziemskim, czyli Groovy In ActionPozycja, przyznam się bez bicia, zacna, aczkolwiek na recenzję spod pióra mego trzeba będzie poczekać chwil kilka, aż chociaż po łebkach przelecę rozdziały "o mniej (chwilowo) intrygującej zawartości". W każdym bądź razie, dla mnie, cała ta idea książka za recenzję, którą mogę wykorzystać dzięki Jugowi, jest czymś fantastycznym. Przy okazji, jeśli ktoś zainteresowany czyta, to wiadomo może czy są gdzieś dostępne "brakujące" recenzje z biblioteczki naszego juga? Wiem, wiem, mógłbym spytać pożyczalskich, ale przecież miałem marudzić ;)

Drugi punkt, to sam groovy w akcji (nomen omen, albo nawet lelum polelum). Otóż, jest fajnie. Rzekłbym nawet bardzo fajnie. Najśmieszniejsze, że jakbym miał powiedzieć, co konkretnie fajnego i dlaczego, to miałbym problem, ale jakoś mam subiektywne poczucie mniejszego "bólu" przy kodowaniu tego co sobie wymyśliłem. Niestety, w swoim aktualnym projekcie, napotkałem trochę głupią sytuację, gdzie w jednym miejscu nie mogę sobie umilić życia tak jakbym chciał. I to nie tylko z winy grówiego. Otóż tenże grówi "ozdabia" (opakowuje? Jakoś nie mogę znaleźć odpowiedniego słowa) sobie w pewnych sytuacjach klasy/obiekty Javy takim czymś jak MetaClass. I to właśnie jest źródłem frasunku, bo wykorzystuję klasy od zewnętrznego dostawcy, gdzie przy tej zabawie dostaję w pewnym momencie ClassNotFoundException (zresztą zupełnie zasadny). Cóż, wydaje mi się, że chwilowo, nie chce mi się jakoś myśleć nad "eleganckim" rozwiązaniem problemu, więc zrobię na okrętkę, a później się zobaczy (jak zwykle prowizorka ma szansę zostać najtrwalszym elementem systemu ;)).

A jak już przy zobaczeniu jesteśmy, to wbrew poprzednim wpisom, jednak wcale nie zostałem całkowicie przy Eclipsie. Z niewiadomych przyczyn, jednak mój kod, ni z gruchy, ni z pietruchy, przeprosił się z Ideą, więc w tym jednym projekciku pozwalam sobie wykorzystywać ją. I generalnie jestem zadowolony, chociaż pewnie skończy się na tandemie Eclipse+Idea. Oba środowiska potrafią sobie współdzielić projekty, na ile bezproblemowo to sprawdzanie tego jeszcze przede mną, ale parę opcji wygodniejszych jest jednak w Eclipse (szczególnie ogląd hierarchii klas, chyba, że ktoś wie jak "przypiąć" w Idea podgląd struktury na stałe do jakiegoś elementu?).

Na koniec, skoro już o ideach wspomnieliśmy, to taka drobna uwaga (bo wiem skądinąd, że Leszek z Amorfisem tu zaglądają ;)). W projekciku tymże mym tajemnym używać sobie zamyśliłem TestNG. W tej chwili na podstawowym poziomie, ale już za chwileczkę, już za momencik, bardziej "zaawansowane" zagadnienie trzeba będzie mi rozgryźć. Czy byłby sens, aby przy okazji tego rozgryzania spróbować wypocić jaką drobną prezentacyjkę, co by juga sierotkę trochę odkurzyć?