wtorek, 7 lipca 2015
W tym roku zamiast konfitur, szarlotka.
piątek, 22 listopada 2013
Motorowy kurcgalopek, znaczy pędem do kin!
sobota, 20 lipca 2013
Śladami siedemnastego Tytusa, czyli uczłowieczanie przez umuzykalnianie...
sobota, 7 lipca 2012
Izy deszczowe piosenki letnią porą
czwartek, 16 lutego 2012
Bella bella donna, wieczór taki piękny...
poniedziałek, 19 grudnia 2011
Druciarz, Krawiec, Żołnierz...
czwartek, 28 kwietnia 2011
Tylko bitewny czynnik muzyczny
niedziela, 6 marca 2011
Prawdziwie męskie zaległości nadrabianie
niedziela, 20 czerwca 2010
Spotkanie trzeciego stopnia z wytrzymało dziarską Legendą
poniedziałek, 10 maja 2010
Berliński księżyc nad szczecińskim stolcem
poniedziałek, 28 grudnia 2009
Szczyt wszechrzeczny krokiem raźnym nadchodzący...
Sława!
Koniec roku nam się zbliża, i jak to zwykle od lat nastu, na przełomie lat (roków?) miejsce mieć swe będzie trójkowy Top Wszechczasów. Niestety, muszę przyznać, że od odejścia red. Marka Niedźwiedzkiego, z roku na rok, mam co raz więcej zastrzeżeń, a może nawet i niesmaku, co do szczegółów jego realizacji. Ściślej mówiąc, do doboru propozycji w "zestawie do głosowania". Jest tam tyle pozycji dla mnie osobiście niezrozumiałych i co najmniej dziwnych (o które podejrzewam w dużej mierze red. Stelmacha - którego swoją drogą ostatnio, niestety, słucha mi się z coraz większą irytacją), że nawet poważnie się zastanawiałem nad bojkotem tegorocznej edycji. Cóż, może jak tym razem nie zapomnę, to mi się skrobnie parę gorzkich żalów do red. Barona.
W każdym razie, na razie, topiąc smutki w szklanecce... oranżady o smaku landrynkowym, postanowię sobie (i Szanownym Czytelnikom, o ile są takowi ;)) przedstawić pięć (no, sześć) utworów, na które bym zagłosował, gdyby były w zestawie, albo gdyby mi się chciało głosować listem/kartką pocztową.
Na pierwszy ogień pozycja z jednej z moich ulubionych płyt, a która, nie wiadomo dlaczego, została usunięta z propozycji. Panie i Panowie, Lemmy i Jego Mötorhead z utworem Ace of Spades:
W drugim szeregu podąża zaś utwór, co do którego nie mam większych złudzeń, że kiedykolwiek by się w takim zestawieniu w Polsce pojawił. A to dlatego, że jest on praktycznie nieznany, nad czym szczerze ubolewam. Dobrze, że chociaż dzięki umiarkowanemu sukcesowi innej piosenki, płyty tego zespołu są u nas do kupienia. A więc Héroes Del Silencio i Parasiempre:
Środkiem tego króciuteńkiego zestawienia niech będzie utwór, będący o ile dobrze pamiętam rekordzistą Poczekalni, dzięki któremu mogłem odkryć i docenić dźwięki produkowane przez stołeczną kapelę Riverside - Conceiving You:
Czwartym miejscem zadowoli się zapewne utwór, może nie przesadnie stary, aczkolwiek troszeczkę zapomniany. Dla mnie natomiast bijący inne dokonania The Cure, przecież świetne wielce, takie chociażby jak Lullaby czy On Friday I'm In Love na głowę. Jednym zdaniem - Ostatni Dzień Lata:
Na piątym zaś, ni cholery niezrozumiałe dla mnie, jakim cudem pomijane, zarówno w Topie Wszechczasów jak i w Polskim Topie, dwa utwory grupy Hey z genialnej płyty ?. Dla mnie pomijanie ich notoryczne, jest tym bardziej dziwne, że w zestawach trójkowych znajdują się znacznie gorsze (tzn. gorsze jak na Hey ;)) i mniej "sukcesowe" pozycje z innych płyt. A rozchodzi mi się oczywiście o List i Anioła (chociaż mógłbym tu umieścić każdą pieśń z zamieszczonych na wspomnianym albumie):
sobota, 28 listopada 2009
Taneczno-wokalne kratochwil doznawanie
Sława!
Ponieważ nie samymi bitami i bajtami człowiek żyje, to w ciągu kilkunastu ostatnich dni miałem niewątpliwą przyjemność, wbity w garnitur, zażywać krotochwil w przybytku kultury jakim jest nasza Opera na Zamku.
Na pierwszy kęs trafił balet Córka Źle Strzeżona. Jak ktoś ładnie to określił "taka ramotka", ale bardzo, bardzo przyjemna. Wszystko (no prawie, bo, zapewne ze względów lokalowych, niestety muzyka nie jest "na żywo") jest "jak trzeba" - porządne stroje, normalna scenografia, zgrabne baletnice ;) Jak w porządnym balecie gwiazdą przedstawienia jest główna solistka (tutaj wręcz stworzona do tej roli Ksenia Nałmiec), dzięki której można zrozumieć czemuż to takie uwielbienie dla nich wśród Rosjan płci męskiej... ;) Gwiazda ma porządne wsparcie w reszcie solistów (na szczególne pochwały według mnie zasługuje Władysław Gołowczuk w roli Alaina), a i "drugi plan" trzyma fason. Tak więc, nie zostaje mi nic innego, jak polecić, naprawdę warto!
Na drugi ząb zaś wzięte zostało danie bardziej wytrawne, mianowicie opera Paria Stanisława Moniuszki. Tym razem przedstawienie przygotowane w mniej "klasycznej" formie scenograficznej, ale trzeba przyznać, że pasującej i nie powodującej zgrzytania zębami. No i orkiestra gra. Gra, pod dyrekcją Warcisława Kunca, aż miło, muszę przyznać, że wcześniej mi nie znana opera, od strony orkiestrowej zrobiła na mnie mocne wrażenie (kapitalna uwertura!). Od strony wokalnej też ciężko coś zarzucić, słuchało się bardzo fajnie, szczególnie dwóch głównych głosów męskich - Tomasza Kuka (tenor) w roli Idamora i Janusza Lewandowskiego (bas) w roli Akebara. Ba, nawet głosy damskie, za którymi generalnie (jak za większością wysokich dźwięków) szczególnie nie przepadam, wypadły dla mojego ucha bardzo przyjaźnie. Podsumowując, nie ma to tamto, jak kto jeszcze nie był, ten niech szykuje sobie czas i bilety. Przegapić po prostu szkoda.
niedziela, 8 listopada 2009
Morsem wystukane, rozpaczy pełne o odsiecz wołanie...
Sława!
Tak ze dwa piątki temu światło dzienne tego świata ujrzało nowe dziecko, nie ma co tego ukrywać, mojego ulubionego zespołu (taka miłość od pierwszego usłyszenia w trójkowym brumie), czyli Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy! grupy Hey. Płyta jak najbardziej bardzo udana (choć dla mnie osobiście, na dzień dzisiejszy ciut słabsza od Echosystemu), pokazująca bardziej spokojną stronę grupy i słusznie zbierająca pochlebne recenzje tu i ówdzie (zresztą, czyż promujący singiel nie mówi sam za siebie?).
Właśnie, recenzje. To co mnie zaciekawiło, to wszechobecne stwierdzenie o jakiejś wielkiej i nieoczekiwanej odmianie stylu grupy, zupełnie... ...jak przy co najmniej trzech poprzednich płytach, a jakby dobrze poszperać, to może i przy choćby takiej Karmie by się takie słowa znalazły. Otóż, ja nie mogę się pozbyć wrażenia, że MURP jest taką poprawką po niezdanym egzaminie z muzyki. Czyli po płycie Music! Music!. Płycie pełnej dobrych piosenek (a jednej nawet genialnej), a jednak w całości ciężko strawnej. W wypadku MURP praca domowa jednak odrobiona wzorowo, nie tylko piosenki z osobna, ale i całość daje wiele frajdy ze słuchania. Więc szczerze z całego serca polecam.
P.S. - Swoją drogą ciekawy ten powrót grup rockowych do syntezatorów, niczym chociażby Queen jakieś trzydzieści lat temu. Całe szczęście, że Hey nie poszedł tak daleko jak Editors, którzy tak bardzo chcą być Joy Division, że na ostatnim albumie stali się New Order (acz, żeby nie było, nawet da się tego słuchać ;)).
P.S.2 - Przy okazji, niejeden recenzent nowego albumu Heya porównuje ich do Radiohead. Ja tam Radiohead nie trawię, więc pewnie dlatego bardziej jakoś taka Faza Delta mi się skojarzyła pokrętnie z Garbage ;)
P.S.3 - A ponieważ MURP powstał w miasteczku westernowym, to grzechem byłoby nie wspomnieć o najlepszym, inspirowanym westernami albumie rockowym - Ace of Spades...
P.S.4 - A tak w ogóle, kończąc post skrypty, czy Hey nagra jeszcze kiedyś tak genialną płytę jak Pytajnik? Mam cichą nadzieję, że tak.
piątek, 1 maja 2009
Czarną wstęgą mknąc za horyzont w swym Gran Torino
Sława!
Zdarzyło mi się celowo zbłądzić do najstarszego kina na świecie, aby zapoznać się z najnowszym filmem mojego ulubionego aktora, czyli z Gran Torino Clinta Eastwooda.
I powiem krótko - warto było. Tu i ówdzie słychać co prawda głosy, że film banalny, nic nowego i w ogóle do bani, ale można je spokojnie puścić mimo uszu. Dlaczego? Bo kino to kino, i basta. Ma służyć Opowieści, Treści, a nie li tylko formowym eksperymentom. A Opowieść snuta przez Eastwooda bardzo do mnie przemówiła, na emocjach wszelkich zagrała, i łezkę na końcu wydusiła. A że jednocześnie snuta bardzo, ale to bardzo sprawnie, tym zadowolenie z seansu większe.
O czym zaś Opowieść ta? A nic wielkiego, ot o Godności, Miłości (w pewien zakamuflowany sposób), i o odwadze Starania Się. Starania się, aby być Dobrym Człowiekiem i Prawdziwym Mężczyzną, dochowywać wierności Wartościom. O tym jakie trudne to wszystko może być w dzisiejszym, idącym wiecznie na łatwiznę świecie. Opowieść stanowiącą swoiste domknięcie eastwoodowego etosu Brudnego Harrego, niczym Bez Przebaczenia domykające Trylogię o Bezimiennym.
niedziela, 22 marca 2009
Berlin smutkiem zniebieściały...
Sława!
Łykend nietypowo jak na mnie zaczął się od tzw. Wydarzenia Kulturalnego, mianowicie miałem niekłamaną przyjemność posłuchać na żywo jednego z najlepszych gitarzystów nieklasycznych naszych czasów, czyli Garego Moore'a.
Koncert, w ramach trasy promującej najnowszy album Bad for You Baby, odbył się w całkiem przyjemnej berlińskiej sali Tempodrom. Zgodnie z oczekiwaniami moimi, mediana wieku przybyłych była bliżej wieku moich rodziców niż mojego, ale trzeba przyznać, że były też persony mocno średnią wieku zaniżające :) Natomiast niezgodnie z oczekiwaniami, okazało się, że nie tylko polscy (szczecińscy) akustycy są... głusi. Na szczęście ciut zbyt głośne ustawienie ogólne i rezonująco-skrzekliwe ustawienie wysokich tonów nie zdołały zepsuć mocno wrażenia. Ale minusik zostaje.
Na rozgrzewkę zaserwowany został Alvin Youngblood Hart z zespołem, który dał czterdziestominutową dawkę fajnego, gitarowego bluesrocka (z naciskiem bardziej na rocka). Na ile się zorientowałem, zaprezentował materiał ze swojego, zdaje się ostatniego, albumu Motivational Speaker. Muzyczka fajna, z przytupem a nawet wykrokiem :)
A potem oczywiście Gwiazda Wieczoru, Gary. W swoim dwugodzinnym występie zagrał zarówno utwory z najnowszej płyty (m.in. tytułowe Bad For You Baby, Mojo Boogie, Walkin’ Thru the Park czy I Love you more than you’ll ever know, jak i trochę starszych kawałków, chociażby Oh, Pretty Woman, Too Tired,czy All Your Love) udowadniając, że na gitarze "wymiata" jak niewielu.
I mimo dwóch bisów - The Blues Is Alright i Parisienne Walkways jakoś tak szybko się skończyło. Na tyle, że, chyba najbardziej powszechnie znany jego utwór musiałem sobie dograć we własnym zakresie...
czwartek, 15 stycznia 2009
Poświąteczno-noworoczne odchamianie się
Sława!
Tak się zdarzyło, że miałem możliwość wybrać się na szeroko reklamowany musical "Rent". A ponieważ musicali Ci u Nas niedostatek, skwapliwie się do Opery Na Zamku wybrałem, zarówno pędzony głodem kultury jak i ciekawością jak to wszystko wyszło...
Ano wyszło jak wyszło. Spektakl bardzo nierówny, zarówno w warstwie muzycznej, tekstowej (nie znam oryginału, więc nie będę za bardzo oceniał tłumaczenia) jak i wykonawczej. Mamy więc obok całkiem fajnych kawałków (choćby Seasons of love gdzie wykonawczyni partii solowej (Beata Andrzejewska?) kradnie całe szoł), takie o których się zapomina w trakcie ich słuchania, lub niezjadliwe pomyłki (jak hepening(?) niejakiej Maureen). Tekstowi brakuje moim zdaniem polotu, lekkości, dopieszczenia, wydaje się jakiś taki hmmm... nieociosany i chyba tłumacz zbytnio chciał się trzymać wiernie oryginałowi, co nie wyszło na zdrowie (jeden "Te Wajda!" to zdecydowanie za mało). Do tego prawie całkowity brak popisów tanecznych, nie wiem czy "tak miało być" czy też wymuszone to umiejętnościami wykonawców, ale musical prawie bez tańca?
Właśnie, co do obsady, jak już wspomniałem, też nierówno. Mamy więc świetnego w roli Angel Filipa Cembalę (aż szkoda, że rola nie większa), niezłą jako Mimi Paulinę Łabę (wydaje mi się, że rola skutecznie hamowała ją w pokazaniu pełni możliwości) i... tyle. O reszcie mogę powiedzieć, że co najwyżej pokazała niezłe głosy (Dorota Pawłowska - Joan, Piotr Charczuk - Collins czy Janusz Kruciński - Roger), natomiast taneczność jakaś taka... No czegoś mi brakowało. O "chórze" ciężko coś stwierdzić, bo nie mieli za bardzo kiedy się wykazać, choć parę osób z niego zostawiło na mnie lepsze wrażenie niż niektórzy z głównych ról, a wokalnie jedno dziewczę (wspomniane już) zmiotło po prostu resztę ze sceny.
Podsumowując, spektakl rewelacją nie jest, ot solidna produkcja na solidne 3+, no może 4-. Niby braków sporo, ale dwie i pół godzinki zleciało całkiem przyjemnie, więc jak ktoś chce i nie oczekuje Bóg wie czego, to czasu raczej na nim nie zmarnuje.