Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kultura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kultura. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 lipca 2015

W tym roku zamiast konfitur, szarlotka.

Chwała!
Jak już pisałem we wcześniejszym poście w tym roku plan corocznego wyjazdu an warszawską Confiturę szybko uległ dezintegracji. Dlaczego? Ano dlatego, że w tym roku termin skolidował z dziewiąta edycją Festiwalu Legend Rocka.
 - We wcześniejszych latach nie przeszkadzało? - Zapyta Ktoś.
 - No nie, bo pierwszy raz byłem na tym festiwalu. - Odpowiem zgodnie z prawdą.
 - Pierwszy? To nagle tak?
 - Tak. Ale wcześniej nie przyjeżdżali Franek, Billy i Dusty. 
 - Oni?! To trzeba było zabrać mnie ze sobą!
Dokładnie tak. Priorytety. Confitura, niezależnie od swojego wysokie poziomu po prostu musiała w tym starciu przegrać. Jeżeli przyjeżdżają Żywe Legendy, jeden z najlepszych zespołów w historii rock'n'rolla (a w jego rytmie wszak me serce bije i bić będzie po kres), Idole od czasów dzieciństwa. Dwoma słowy - ZZ Top. Jedyne trzy godzinki drogi od domu. Nie można było przegapić.
Na przystawkę został podany norweski zespół Kelvin. Całkiem przyjemny pop-rock czy jak tam się ten gatunek nazywa. W każdym razie zagrali ostrzej i bardziej energetycznie niż na jedynym klipie jaki mi się udało znaleźć. Tak więc zobaczymy co z nich wyrośnie.

Natomiast co do Gwiazd. Cóż. Panowie w wieku emerytalnym, wyszli i od pierwszego uderzenia w struny poleciała taka masa energii, że niejeden młodzieniec może tylko pozazdrościć. Godzina dwadzieścia czystego rock'n'rolla. Panowie pokazali swoją maestrię grając znane i lubiane hity z przekroju całego okresu działalności. Znalazły się i nowe I Gotsta Get Paid czy Chartreuse, jak i starsze Gimme All Your Lovin', Tush, Legs, La Grange... Zresztą cała setlista do zobaczenia tutaj. Były miłe akcenty ze strony Billego, jak „Dobry Wieczór”, „Dobrze się bawicie?” czy napis Piwo zamiast Beer na gitarze (no i My Head Is In Polski w refrenie :)). Jakieś minusy? Jedynie to, że za krótko! Za dodanie do zestawu Rough Boy czy Viva Las Vegas myślę, że nikt by się nie obraził.

piątek, 22 listopada 2013

Motorowy kurcgalopek, znaczy pędem do kin!

Chwała!
Całkiem świeżo być się mi udało w kinie na filmie sportowym. Do tego opartym na historii powszechnie w mniejszych lub większych szczegółach znanej. Żeby było mało, amerykańskiej produkcji. Czyli wiadomo czego się można spodziewać, ot telewizyjne patrzadło na łykendowe przedpołudnie. Ale żeby od razu do kina na to iść?
Jeśli ktokolwiek tak pomyślał o podmiocie tego wpisu, ten ma rację. Iść to nie, ale lecieć, gnać, pędzić jak najbardziej potrzykroć tak! Bo to Film przez duże F. Historia rywalizacji opowiedziana tak, że jej znajomość nie przeszkadza. Podobnie jak nie przeszkadza brak pojęcia o wyścigach samochodowych, naprawdę nie trzeba być ich miłośnikiem, żeby narracja chwyciła za gardło, a dwie godziny zleciały nie wiadomo kiedy. Bardzo dobry scenariusz, sztuka aktorska na równie wysokim poziomie, wizualnie uczta dla ocząt, a jako sosik ocierająca się o geniusz ścieżka dźwiękowa. Nie mam się do czego przyczepić (choć oczywiście, dla urodzonych malkontentów nie ma niemożliwego ;)).
Natomiast mam nadzieję, że Szanowni Czytelnicy mi wybaczą powyższą laurkę, ale jako miłośnik F1 (aczkolwiek z racji wieku, ta rywalizacja znana mi tylko z przekazów, ja to już czasy Mansella i Piqueta, Prosta i Senny) oraz kinowych Opowieści szedłem do przybytku X muzy z oczekiwaniami sporymi i... z duszą na ramieniu, że film im nie sprosta. A tu jest lepiej niż w najśmielszych przypuszczeniach, benzyna, adrenalina i gitary. No sami powiedzcie czego chcieć więcej? (Dobra, dobra. Wiem. Miłośnicy żużla rzekną, że jawy ;))

sobota, 20 lipca 2013

Śladami siedemnastego Tytusa, czyli uczłowieczanie przez umuzykalnianie...

Chwała!
Wypadałoby od czasu do czasu, skoro się już tego bloga założyło, to coś w nim opublikować. O informatyce mi się nie chce, na filozofię za cienki Bolek, o polityce strach (tym bardziej, że będąc zaciekłym monarcho-imperialistą od kontrowersji się nie ucieknie) a na sporcie i medycynie to jednak wypadałoby się znać zanim się coś opublikuje (szczególnie w kraju trzydziestu paru milionów trenerów i lekarzy ;)). Tak więc padło na temat o którym mi się jednocześnie nie chce pisać, na który jestem za cienki, strach pisać i kompletnie się na nim nie znam. Znaczy o muzyce.
Mianowice, ponieważ nie wiadomo kiedy minęło już ponad pół tego roku, zrobię sobie ku utrapieniu P.T. Czytelników przegląd tegorocznych płyt które miałem okazję użyć jako oprawę wysiłku umysłowego zwanego wywiązywaniem się z zobowiązań wobec pracodawcy. Znaczy pod rzucanie mięchem, rzeźbieniem w g... i próbą mniej lub bardziej udaną sklecenia systemu potiomkinowskiego. Przegląd odbędzie się chronologicznie względem debiutu krążka na rynku (a nie debiutu krążka w moich uszach). No to lecim na Szczecin.

sobota, 7 lipca 2012

Izy deszczowe piosenki letnią porą

Chwała!
No tak, Euro, praca, praca, Euro, a zaległości się dzienniczkowe narobiły i same się nie nadgonią. Czas więc trochę sobie przypomnieć jak się wpisy tutaj wypacało.
Na pierwszy ogień trochę kultury, a może nawet Kultury. Otóż w ostatnią, deszczową niedzielę czerwca, zdarzyło mi się wybrać na koncert Isabelle Geffroy, znanej ciut lepiej jako Zaz...

czwartek, 16 lutego 2012

Bella bella donna, wieczór taki piękny...

Chwała!
Żeby nie było, że jakiś ze mnie całkowicie zgorzkniały malkontent, tym razem wpis o czymś co lubię robić w towarzystwie, a nawet w Towarzystwie. Mianowicie o wizycie w Teatrze. Co gorsza, o takiej która warta jest polecenia, a nawet Polecenia. Otóż, dzięki splotowi Okoliczności oraz życzliwości Zainteresowanych Osób miałem okazję zadebiutować na widowni kabaretu Czarny Kot Rudy w Teatrze Polskim.
Spektakl był implementacją, że się tak slangowo wyrażę, programu o lecnym tytule „Koniom i zakochanym siano pachnie inaczej”. I tutaj już muszę P.T. Czytelnikom wyjaśnić jedną rzecz. Tym czymś będzie postrzeganie powszechne terminu „kabaret”. Od dłuższego już czasu, mam wrażenie, zostało ono dość skutecznie zredukowane do serii mniej lub bardziej rubasznych skeczy mających jedynie na celu wzbudzić salwy śmiechu. Natomiast Czarny Kot Rudy reprezentuje ten bardziej poetycki, muzykalny i refleksyjny typ kabaretu. Zdecydowanie bliżej Piwnicy Pod Baranami niż Paranienormalnym.
Przedstawienie jest mieszanką autorskich i „obcych” tekstów i melodii ze wspólnym mianownikiem jakim jest Miłość. Koktajlem monologów i piosenek, okraszonych zapowiedziowstawkami Reżysera. Wśród tekstów obcych mamy i te bardziej znane i te mniej, i te starsze, przedwojenne, i te ciut młodsze. W nastrojach od refleksji i romantyzmu, przez humor wysublimowany czy abstrakcyjny, po całkiem dosadny i prosty, acz, broń boże, nie prostacki. Myślę, że każdy znajdzie tu coś dla siebie, a przy tym ta reszta nie zburzy odbioru całości. Mówiąc krótko, jak dla mnie dziegciu brak.
Wykonanie... Co tu dużo mówić, nie od dziś wiadomo, że Teatr Polski dysponuje świetnym Zespołem, a o talencie takich Aktorów, jak Katarzyna Sadowska, Adam Dzieciniak, Michał Janicki, Jacek Polaczek czy Wiesław Łągiewka nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Także ci młodsi (jak choćby chwalony już kiedyś przeze mnie Filip Cembala), jeszcze może nie tak znani, trzymają Poziom Mistrzów. A już Odkryciem dla mnie osobistym jest Sylwia Różycka, i to nie tyle za wdzięki kobiece, choć przyznać trzeba, jest na czym oko zawiesić Panowie, co za głos i interpretację wykonywanych utworów.
Podsumowując dwie godziny minęły niczym z bicza strzelił, nastrój podniesiony, radość życia przywrócona. Sami Państwo powiedzcie, czegoż to więcej trzeba?

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Druciarz, Krawiec, Żołnierz...

Chwała!
Ponieważ nie samymi komputrami człowiek żyje, udało mi się skorzystać z okazji i wyrwać na momencik do przybytku kultury zwanego kinem. Rzecz niesłychana bo drugi już raz w tym roku kalendarzowym! Tym razem padło na kinematografię brytyjską i obraz Tomasa Alfredsona pod tytułem „Szpieg”.
Film ten jest bardzo porządnym kawałkiem szpiegowskiego dreszczowca w stylu niezapomnianych „Trzech dni Kondora”, stanowiącym przeciwieństwo szpiegowskiego kina rozrywkowego, czyli bondów i popłuczyn po nich. Przy tym, żeby nie było, bondy klasyczne uwielbiam, szkoda, że temat się marnuje ostatnio.
Koniec dygresji. Wracamy do tematu. Jako się rzekło, przeciwieństwo bondów, a więc nie ma co liczyć na odmóżdżającą mieszankę akcji, nieprawdopodobieństwa i luzackiego podejścia do świata. W zamian mamy budowanie napięcia tzw. „klimatem” i gęstniejącą „atmosferą”. Film niełatwy, wymagający jednak skupienia, w zamian oferujący dobrze poprowadzoną zagadkę, gdzie umiejętnie są podawane i mylone tropy, zdjęcia pokazujące znój, trud i brud „codziennej” pracy wywiadowczej. Okraszone to wszystko nienachalną, świetnie dopasowaną muzyką. Szkieletem zaś, kwintesencją wręcz, jest kapitalna gra aktorska, od głównych postaci, po drobne, epizodyczne rólki, wszystkie takie, jakie być powinny. Gary Oldman jak zwykle rewelacja (swoją drogą dopiero teraz dotarło do mnie, że to przecież już prawie 20 lat od życiowej roli Stansfielda!), Colin Firth pokazuje, że ma świetny okres ostatnio, John Hurt, Ciarán Hinds, Toby Jones... Można by wymieniać... Ale w zasadzie po co? Lepiej zamiast czytać te wypociny, zabrać się samemu do kina i ocenić. Dla mnie osobiście film roku.

czwartek, 28 kwietnia 2011

Tylko bitewny czynnik muzyczny

Chwała!
Na początku marca tego roku w najważniejszych stacjach telewizyjnych naszego pięknego kraju ruszyły pierwsze edycje trzech programów będących konkursoszołami muzycznymi. Nie ma co ukrywać, jestem dość wiernym oglądaczem dwójkowej „Szansy na Sukces”, a i polsatowskiego „Idola” śledziło mi się przyjemnie. Tak więc takie skomasowane potrójne uderzenie nie mogło przejść koło mnie niezauważone. A jeżeli do tego przed premierą nie oglądająca TV osoba publikuje wpis pod wrażeniem „promocyjnego” występu pewnego pudel-metala (bez obrazy, ale chłopak wygląda jakby żywcem wyjęty z Hanoi Rocks, Mötley Crue czy Twisted Sister ;), zresztą ja lubię glam metal) no to tym bardziej trzeba było obejrzeć i wyciągnąć wnioski.

niedziela, 6 marca 2011

Prawdziwie męskie zaległości nadrabianie

Sława!
Tak jakoś dziwnie się złożyło, że przez ponad trzydzieści lat żywota swego nie udało się mej skromnej osobie być w kinie na filmie reprezentującym tak wielce szanowny gatunek jakim jest western. Ku mojej szczerej rozpaczy gatunek wielbiony przeze mnie, dostarczający dzieł artystycznie genialnych lub o ten geniusz mocno się ocierających, jest gatunkiem ginącym. Gdybym miał wymieniać postacie z panteonu moich ulubionych artystów filmowych, to ileż z nich maczało w westernach swoje palce? Choćby takie tuzy jak Sam Peckinpah, John Ford, John Sturges, John Wayne, Gary Cooper, Robert Redford, Paul Newman, Henry Fonda, Charles Bronson, Lee Marvin, James Coburn, Yul Brunner, Steve McQueen, Lee van Cleef, Eli Wallach, Ernest Borgnine... No i oczywiście Wielka Trójka: Clint Eastwood, jako aktor mający na koncie wiele świetnych ról z Bezimiennym na czele, a jako reżyser cudowne Bez Przebaczenia. Enio Morricone geniusz muzyki filmowej którego utwory wciąż porywają serca i stadiony. Oraz Sergio Leone, który jak chyba nikt inny potrafił snuć pełne emocji i napięcia Opowieści o Dzikim Zachodzie.

niedziela, 20 czerwca 2010

Spotkanie trzeciego stopnia z wytrzymało dziarską Legendą

Sława!
Tak się złożyło, że kiedy Inni postanowili brać udział w wydarzeniach jawnych (a propos, może ktoś się podzieli wrażeniami?), sportowych lub kulturalnych rangi światowej, skromną mą osobą na wydarzeniu kulturalnym rangi lokalnej być postanowił jam. Wydarzeniem tym, dość sporym jak na Szczecin, była wizyta Żywej Legendy Bluesa czyli koncert Johna Mayalla we Free Blues Clubie.
Będąc szczerym, to wybrałem się głównie za namową Ojca mego i aby zrobić mu tę przyjemność, gdyż blues raczej nie jest moim ulubionym gatunkiem (aczkolwiek cenię sobie bardzo twórczość niejednego bluesmana). Szedłem także lekko z duszą na ramieniu, gdyż moja znajomość twórczości Mayalla raczej definiowała ją jako ciut smętną. Tymczasem rzeczywistość całkowicie przerosła pozytywnie wszelkie moje oczekiwania! Było krótko mówiąc kapitalnie.
Przede wszystkim Gwiazda i Jego zespół okazali się bardzo sympatycznymi i kontaktowymi ludźmi (podczas występu tzw. supportu obecni byli wśród publiczności i można było sobie nawet uciąć pogawędkę), i którym, co było widać gołym okiem, wspólne granie sprawia sporo frajdy. Do tego nagłośnienie fantastycznie zestrojone, wszystko było słychać, a żołądek z uszami nie miały ochoty uciec. No, ale cóż, ich dźwiękowiec nie wie, że powinny się palić zawsze wszystkie diody na konsolecie ;)
Co do samego repertuaru. Mimo iż trasa jest trasą promującą najnowszy album Mayalla p.t. „Tough”, to na moje niewprawne ucho sporo było utworów z lat wcześniejszych. Koncert zaczęty został bardzo energetyczną wersją „All Your Love”, bardziej przypominającą wersję Garego Moore'a, niż klasyczne dla Mayalla wykonanie Bluesbreakersów. Znalazło się miejsce też dla „Chicago Line”, „Help Me” i chyba też dla „So Many Roads” (Większość utworów była zapowiadana, ale cóż... pamięć już nie ta, no i nie znajomość twórczości też wyszła). Z nowych utworów prawie pewien jestem, że znalazły się „Playing With A Losing Band”, „How Far Down”, „Train To My Heart” i „That Good Old Rockin' Blues”. Ale, że to prawidłowe elementy playlisty nic sobie uciąć nie dam. Ważne, że wszystkie zagrane zostały z kopem, wykrokiem, pasją i radością grania dostarczając słuchaczom niezwykle energetyzujących kratochwil. Na takie koncerty aż nogi same niosą!
Szkoda mi więc jedynie, że serce me smutkiem napełnia fakt, iż pewnie polscy (szczecińscy) akustycy jeszcze kupę lat będą wyznawcami chorej szkoły „bas z głośnością na maksa i jeeeedziemy!” psując każdy koncert w tym kraju (mieście), mimo iż jak widać na załączony obrazku jednak można...

poniedziałek, 10 maja 2010

Berliński księżyc nad szczecińskim stolcem

Sława!
Jak może Szanownym Czytelnikom tego bloga wiadomo, do moich ulubionych rozrywek należy lekka i przyjemna sztuka operetki. Dlatego też nie mogłem sobie odmówić, skoro już pojawiła się takowa okazja, obejrzenia inscenizacji sztandarowej pozycji niemieckiego kompozytora Paula Linckego p.t. Frau Luna w naszej kochanej Operze Na Zamku.
Przedstawienie to wystawiane jest w języku oryginału, a więc po niemiecku, i zrealizowane zostało we współpracy z teatrem ze Schwedt. Soliści to głównie artyści niemieccy (z jednym, ale za to jakim, wyjątkiem, gdyż w roli Teofila występuję popularny aktor scen warszawskich Cezary Morawski), natomiast chór i tancerze to znana i lubiana miejscowa trupa.
Operetka zrealizowana, jest dokładnie tak jak tygrysy lubią najbardziej, i jak powinna wyglądać operetka: stroje „z epoki“ są, dekoracje bogate - są, cekiny tam, gdzie trzeba - są, świecące schody rodem z wodewilu, a jakże, także są. Dzieło same w sobie też kwintesencja tego rodzaju rozrywki, sporo humoru (co prawda bariera językowa trochę przeszkadza, ale na szczęście mamy obecnie tłumaczenia wyświetlane w trakcie przedstawienia), wpadające w ucho melodie (w tym dwa bardzo znane standardy - „Das macht die Berliner Luft, Luft, Luft“ i „Schenk mir doch ein kleines bisschen Liebe“) oraz sympatycznie zagrane role, wśród których chciałbym wyróżnić za „sceniczność“ Hansgeorga Ganterta (w roli Egona) oraz Uwe Schmiedla (August), aczkolwiek zaznaczam, iż wszyscy wykonawcy zasługują na oklaski. Podsumowując warta swoich pieniędzy i czasu porcja dobrej, śpiewno-muzycznej rozrywki!

poniedziałek, 28 grudnia 2009

Szczyt wszechrzeczny krokiem raźnym nadchodzący...

Sława!

Koniec roku nam się zbliża, i jak to zwykle od lat nastu, na przełomie lat (roków?) miejsce mieć swe będzie trójkowy Top Wszechczasów. Niestety, muszę przyznać, że od odejścia red. Marka Niedźwiedzkiego, z roku na rok, mam co raz więcej zastrzeżeń, a może nawet i niesmaku, co do szczegółów jego realizacji. Ściślej mówiąc, do doboru propozycji w "zestawie do głosowania". Jest tam tyle pozycji dla mnie osobiście niezrozumiałych i co najmniej dziwnych (o które podejrzewam w dużej mierze red. Stelmacha - którego swoją drogą ostatnio, niestety, słucha mi się z coraz większą irytacją), że nawet poważnie się zastanawiałem nad bojkotem tegorocznej edycji. Cóż, może jak tym razem nie zapomnę, to mi się skrobnie parę gorzkich żalów do red. Barona.

W każdym razie, na razie, topiąc smutki w szklanecce... oranżady o smaku landrynkowym, postanowię sobie (i Szanownym Czytelnikom, o ile są takowi ;)) przedstawić pięć (no, sześć) utworów, na które bym zagłosował, gdyby były w zestawie, albo gdyby mi się chciało głosować listem/kartką pocztową.

Na pierwszy ogień pozycja z jednej z moich ulubionych płyt, a która, nie wiadomo dlaczego, została usunięta z propozycji. Panie i Panowie, Lemmy i Jego Mötorhead z utworem Ace of Spades:

W drugim szeregu podąża zaś utwór, co do którego nie mam większych złudzeń, że kiedykolwiek by się w takim zestawieniu w Polsce pojawił. A to dlatego, że jest on praktycznie nieznany, nad czym szczerze ubolewam. Dobrze, że chociaż dzięki umiarkowanemu sukcesowi innej piosenki, płyty tego zespołu są u nas do kupienia. A więc Héroes Del Silencio i Parasiempre:

Środkiem tego króciuteńkiego zestawienia niech będzie utwór, będący o ile dobrze pamiętam rekordzistą Poczekalni, dzięki któremu mogłem odkryć i docenić dźwięki produkowane przez stołeczną kapelę Riverside - Conceiving You:

Czwartym miejscem zadowoli się zapewne utwór, może nie przesadnie stary, aczkolwiek troszeczkę zapomniany. Dla mnie natomiast bijący inne dokonania The Cure, przecież świetne wielce, takie chociażby jak Lullaby czy On Friday I'm In Love na głowę. Jednym zdaniem - Ostatni Dzień Lata:

Na piątym zaś, ni cholery niezrozumiałe dla mnie, jakim cudem pomijane, zarówno w Topie Wszechczasów jak i w Polskim Topie, dwa utwory grupy Hey z genialnej płyty ?. Dla mnie pomijanie ich notoryczne, jest tym bardziej dziwne, że w zestawach trójkowych znajdują się znacznie gorsze (tzn. gorsze jak na Hey ;)) i mniej "sukcesowe" pozycje z innych płyt. A rozchodzi mi się oczywiście o ListAnioła (chociaż mógłbym tu umieścić każdą pieśń z zamieszczonych na wspomnianym albumie):

sobota, 28 listopada 2009

Taneczno-wokalne kratochwil doznawanie

Sława!

Ponieważ nie samymi bitami i bajtami człowiek żyje, to w ciągu kilkunastu ostatnich dni miałem niewątpliwą przyjemność, wbity w garnitur, zażywać krotochwil w przybytku kultury jakim jest nasza Opera na Zamku.

Na pierwszy kęs trafił balet Córka Źle Strzeżona. Jak ktoś ładnie to określił "taka ramotka", ale bardzo, bardzo przyjemna. Wszystko (no prawie, bo, zapewne ze względów lokalowych, niestety muzyka nie jest "na żywo") jest "jak trzeba" - porządne stroje, normalna scenografia, zgrabne baletnice ;) Jak w porządnym balecie gwiazdą przedstawienia jest główna solistka (tutaj wręcz stworzona do tej roli Ksenia Nałmiec), dzięki której można zrozumieć czemuż to takie uwielbienie dla nich wśród Rosjan płci męskiej... ;) Gwiazda ma porządne wsparcie w reszcie solistów (na szczególne pochwały według mnie zasługuje Władysław Gołowczuk w roli Alaina), a i "drugi plan" trzyma fason. Tak więc, nie zostaje mi nic innego, jak polecić, naprawdę warto!

Na drugi ząb zaś wzięte zostało danie bardziej wytrawne, mianowicie opera Paria Stanisława Moniuszki. Tym razem przedstawienie przygotowane w mniej "klasycznej" formie scenograficznej, ale trzeba przyznać, że pasującej i nie powodującej zgrzytania zębami. No i orkiestra gra. Gra, pod dyrekcją Warcisława Kunca, aż miło, muszę przyznać, że wcześniej mi nie znana opera, od strony orkiestrowej  zrobiła na mnie mocne wrażenie (kapitalna uwertura!). Od strony wokalnej też ciężko coś zarzucić, słuchało się bardzo fajnie, szczególnie dwóch głównych głosów męskich - Tomasza Kuka (tenor) w roli Idamora i Janusza Lewandowskiego (bas) w roli Akebara. Ba, nawet głosy damskie, za którymi generalnie (jak za większością wysokich dźwięków) szczególnie nie przepadam, wypadły dla mojego ucha bardzo przyjaźnie. Podsumowując, nie ma to tamto, jak kto jeszcze nie był, ten niech szykuje sobie czas i bilety. Przegapić po prostu szkoda.

niedziela, 8 listopada 2009

Morsem wystukane, rozpaczy pełne o odsiecz wołanie...

Sława!

Tak ze dwa piątki temu światło dzienne tego świata ujrzało nowe dziecko, nie ma co tego ukrywać, mojego ulubionego zespołu (taka miłość od pierwszego usłyszenia w trójkowym brumie), czyli Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy! grupy Hey. Płyta jak najbardziej bardzo udana (choć dla mnie osobiście, na dzień dzisiejszy ciut słabsza od Echosystemu), pokazująca bardziej spokojną stronę grupy i słusznie zbierająca pochlebne recenzje tu i ówdzie (zresztą, czyż promujący singiel nie mówi sam za siebie?).

Właśnie, recenzje. To co mnie zaciekawiło, to wszechobecne stwierdzenie o jakiejś wielkiej i nieoczekiwanej odmianie stylu grupy, zupełnie... ...jak przy co najmniej trzech poprzednich płytach, a jakby dobrze poszperać, to może i przy choćby takiej Karmie by się takie słowa znalazły. Otóż, ja nie mogę się pozbyć wrażenia, że MURP jest taką poprawką po niezdanym egzaminie z muzyki. Czyli po płycie Music! Music!. Płycie pełnej dobrych piosenek (a jednej nawet genialnej), a jednak w całości ciężko strawnej. W wypadku MURP praca domowa jednak odrobiona wzorowo, nie tylko piosenki z osobna, ale i całość daje wiele frajdy ze słuchania. Więc szczerze z całego serca polecam.

P.S. - Swoją drogą ciekawy ten powrót grup rockowych do syntezatorów, niczym chociażby Queen jakieś trzydzieści lat temu. Całe szczęście, że Hey nie poszedł tak daleko jak Editors, którzy tak bardzo chcą być Joy Division, że na ostatnim albumie stali się New Order (acz, żeby nie było, nawet da się tego słuchać ;)).

P.S.2 - Przy okazji, niejeden recenzent nowego albumu Heya porównuje ich do Radiohead. Ja tam Radiohead nie trawię, więc pewnie dlatego bardziej jakoś taka Faza Delta mi się skojarzyła pokrętnie z Garbage ;)

P.S.3 - A ponieważ MURP powstał w miasteczku westernowym, to grzechem byłoby nie wspomnieć o najlepszym, inspirowanym westernami albumie rockowym - Ace of Spades...

P.S.4 - A tak w ogóle, kończąc post skrypty, czy Hey nagra jeszcze kiedyś tak genialną płytę jak Pytajnik? Mam cichą nadzieję, że tak.

piątek, 1 maja 2009

Czarną wstęgą mknąc za horyzont w swym Gran Torino

Sława!

Zdarzyło mi się celowo zbłądzić do najstarszego kina na świecie, aby zapoznać się z najnowszym filmem mojego ulubionego aktora, czyli z Gran Torino Clinta Eastwooda.

I powiem krótko - warto było. Tu i ówdzie słychać co prawda głosy, że film banalny, nic nowego i w ogóle do bani, ale można je spokojnie puścić mimo uszu. Dlaczego? Bo kino to kino, i basta. Ma służyć Opowieści, Treści, a nie li tylko formowym eksperymentom. A Opowieść snuta przez Eastwooda bardzo do mnie przemówiła, na emocjach wszelkich zagrała, i łezkę na końcu wydusiła. A że jednocześnie snuta bardzo, ale to bardzo sprawnie, tym zadowolenie z seansu większe.

O czym zaś Opowieść ta? A nic wielkiego, ot o Godności, Miłości (w pewien zakamuflowany sposób), i o odwadze Starania Się. Starania się, aby być Dobrym Człowiekiem i Prawdziwym Mężczyzną, dochowywać wierności Wartościom. O tym jakie trudne to wszystko może być w dzisiejszym, idącym wiecznie na łatwiznę świecie. Opowieść stanowiącą swoiste domknięcie eastwoodowego etosu Brudnego Harrego, niczym Bez Przebaczenia domykające Trylogię o Bezimiennym.

niedziela, 22 marca 2009

Berlin smutkiem zniebieściały...

Sława!

Łykend nietypowo jak na mnie zaczął się od tzw. Wydarzenia Kulturalnego, mianowicie miałem niekłamaną przyjemność posłuchać na żywo jednego z najlepszych gitarzystów nieklasycznych naszych czasów, czyli Garego Moore'a.

Koncert, w ramach trasy promującej najnowszy album Bad for You Baby, odbył się w całkiem przyjemnej berlińskiej sali Tempodrom. Zgodnie z oczekiwaniami moimi, mediana wieku przybyłych była bliżej wieku moich rodziców niż mojego, ale trzeba przyznać, że były też persony mocno średnią wieku zaniżające :) Natomiast niezgodnie z oczekiwaniami, okazało się, że nie tylko polscy (szczecińscy) akustycy są... głusi. Na szczęście ciut zbyt głośne ustawienie ogólne i rezonująco-skrzekliwe ustawienie wysokich tonów nie zdołały zepsuć mocno wrażenia. Ale minusik zostaje.

Na rozgrzewkę zaserwowany został Alvin Youngblood Hart z  zespołem, który dał czterdziestominutową dawkę fajnego, gitarowego bluesrocka (z naciskiem bardziej na rocka). Na ile się zorientowałem, zaprezentował materiał ze swojego, zdaje się ostatniego, albumu Motivational Speaker. Muzyczka fajna, z przytupem a nawet wykrokiem :)

A potem oczywiście Gwiazda Wieczoru, Gary. W swoim dwugodzinnym występie zagrał zarówno utwory z najnowszej płyty (m.in. tytułowe Bad For You Baby, Mojo Boogie, WalkinThru the Park czy I Love you more than youll ever know, jak i trochę starszych kawałków, chociażby Oh, Pretty Woman, Too Tired,czy All Your Love) udowadniając, że na gitarze "wymiata" jak niewielu.

I mimo dwóch bisów - The Blues Is Alright i Parisienne Walkways jakoś tak szybko się skończyło. Na tyle, że, chyba najbardziej powszechnie znany jego utwór musiałem sobie dograć we własnym zakresie...

czwartek, 15 stycznia 2009

Poświąteczno-noworoczne odchamianie się

Sława!

Tak się zdarzyło, że miałem możliwość wybrać się na szeroko reklamowany musical "Rent". A ponieważ musicali Ci u Nas niedostatek, skwapliwie się do Opery Na Zamku wybrałem, zarówno pędzony głodem kultury jak i ciekawością jak to wszystko wyszło...

Ano wyszło jak wyszło. Spektakl bardzo nierówny, zarówno w warstwie muzycznej, tekstowej (nie znam oryginału, więc nie będę za bardzo oceniał tłumaczenia) jak i wykonawczej. Mamy więc obok całkiem fajnych kawałków (choćby Seasons of love gdzie wykonawczyni partii solowej (Beata Andrzejewska?) kradnie całe szoł), takie o których się zapomina w trakcie ich słuchania, lub niezjadliwe pomyłki (jak hepening(?) niejakiej Maureen). Tekstowi brakuje moim zdaniem polotu, lekkości, dopieszczenia, wydaje się jakiś taki hmmm... nieociosany i chyba tłumacz zbytnio chciał się trzymać wiernie oryginałowi, co nie wyszło na zdrowie (jeden "Te Wajda!" to zdecydowanie za mało). Do tego prawie całkowity brak popisów tanecznych, nie wiem czy "tak miało być" czy też wymuszone to umiejętnościami wykonawców, ale musical prawie bez tańca?

Właśnie, co do obsady, jak już wspomniałem, też nierówno. Mamy więc świetnego w roli Angel Filipa Cembalę (aż szkoda, że rola nie większa), niezłą jako Mimi Paulinę Łabę (wydaje mi się, że rola skutecznie hamowała ją w pokazaniu pełni możliwości) i... tyle. O reszcie mogę powiedzieć, że co najwyżej pokazała niezłe głosy (Dorota Pawłowska - Joan, Piotr Charczuk - Collins czy Janusz Kruciński - Roger), natomiast taneczność jakaś taka... No czegoś mi brakowało. O "chórze" ciężko coś stwierdzić, bo nie mieli za bardzo kiedy się wykazać, choć parę osób z niego zostawiło na mnie lepsze wrażenie niż niektórzy z głównych ról, a wokalnie jedno dziewczę (wspomniane już) zmiotło po prostu resztę ze sceny.

Podsumowując, spektakl rewelacją nie jest, ot solidna produkcja na solidne 3+, no może 4-. Niby braków sporo, ale dwie i pół godzinki zleciało całkiem przyjemnie, więc jak ktoś chce i nie oczekuje Bóg wie czego, to czasu raczej na nim nie zmarnuje.